środa, 30 grudnia 2015

Dziewięć.

Reading, Anglia, teraźniejszość

Na początek postanowiła opracować plan działania. I dlatego też cały ranek poświęciła na wypisywanie różnych kombinacji sześciocyfrowych liczb.
Oczywiście, byłoby to zadanie żmudne i niezwykle nudne, gdyby nie malutki szczegół. Od dawna znała dwie początkowe cyfry.
Jeden i zero.
Poznała je, bo pewnego czerwcowego wieczoru widziała, jak Gary otwiera sejf, a że miała dość dobry wzrok, to dostrzegła, co on tam wpisywał. Potem niestety się przesunął i nie zdołała spostrzec niczego więcej. Zresztą, nawet jeśliby przyuważyła wtedy wszystkie sześć cyfr i tak by ich nie zapamiętała. Nie uważała tej informacji za istotną.
Właściwie to wciąż zastanawiała się dlaczego wcześniej sama nie wpadła na pomysł, by zajrzeć do sejfu Gary’ego. Po części zapewne, ponieważ była przekonana, że on trzyma tam tylko pieniądze. Jej z kolei pieniędzy wystarczało na co dzień – miała swoje dwie karty kredytowe oraz konto w banku, co po zsumowaniu umożliwiało przepuszczanie okropnie dużych kwot. Co prawda, w tamtym początkowym okresie ich małżeństwa niespecjalnie z tej możliwości korzystała, ale z czasem nieco się to zmieniło. Jednak nawet wtedy nie potrzebowała nie wiadomo jak wielkich sum, a jeśli już zapragnęła zakupić coś większego, to Gary nigdy nie protestował. Czasami to on wręcz nalegał, żeby przymierzyła jakiś ciuch, który zdaniem Nadine, nie był wart choćby połowy swojej ceny. Później się nią w nim zachwycał i kupował go jako prezent dla swojej najukochańszej żony. Tak czy inaczej, Nadine przy Garym wręcz pławiła się w luksusie i dziwnym wydawał jej się pomysł ukradkowego podbierania mu pieniędzy, skoro miała mnóstwo własnych środków. Dlatego nigdy, ale to przenigdy nie zwracała większej uwagi na ten sejf i to, jakie skarby mógł on w sobie skrywać.
Jednak to, że Matthias koniecznie chciał się do sejfu Gary’ego dobrać otworzyło jej oczy. Tam raczej nie było pieniędzy. Albo inaczej – w tym sejfie znajdowały się nie tylko pieniądze, co wydawało się wystarczającym powodem, żeby obudzić ciekawość Nadine. Cóż, z całą pewnością nie zamierzała zajrzeć do tego sejfu, by uszczęśliwić Matthiasa. Nie, tym razem sama pragnęła dowiedzieć się co takiego ukrywa w nim Gary.
Pewnie, nie było to uczciwe. Zwłaszcza wobec Gary’ego, ale cóż… to był tylko Gary… Wiele razy próbowała zdefiniować co tak naprawdę ją z nim łączyło. Czasami dochodziła do wniosku, że to rzeczywiście był układ. Ona czerpała korzyści finansowe, a on… miał z kim chadzać na przyjęcia. Ale takie postawienie sprawy nie wydawało jej się do końca właściwe. Co prawda, sama usilnie zabiegała o to, by on uważał, że jest z nim tylko dla pieniędzy, jednak doskonale wiedziała, że to nie jedyny powód. Tych powodów było całkiem sporo i pewnie nawet Gary zdziwiłby się niezmiernie, gdyby mu je wymieniła. Właściwie to na swój sposób go lubiła, a już na pewno się do niego przyzwyczaiła. Fakt, doskonale zdawała sobie sprawę ze wszystkich jego wad. Bywał niecierpliwym awanturnikiem, nadużywał alkoholu, dużo przeklinał, koncentrował się wyłącznie na swoich sprawach, z pewnością nie prowadził interesów legalnie i uczciwie oraz miał przeklęty zwyczaj robienia rzeczy na pokaz. Jednocześnie jednak, mimo wszystko, zawsze czuła się przy nim bezpiecznie. Na dodatek dość szybko zaobserwowała, że w jej obecności on na szczęście niezwykle łatwo łagodnieje. Co więcej, niezmiennie fascynowało Nadine to, że Gary naprawdę zdawał się ją szanować. Dlatego koniecznie chciała, żeby on nadal wierzył, że od zawsze była z niej kryształowa dziewczynka. Bo tylko dzięki takiej opinii mogła utrzymać go przy sobie. Cóż… Gary, chociaż sam był okrutnym człowiekiem, od swojej żony oczekiwał anielskiej wręcz dobroci. Może liczył na to, że blask płynący od jego małżonki spłynie na niego, obniżając tym samym ciężar własnych nie-zasług?
Nadine westchnęła i nakreśliła na kartce ostatnią liczbę. Teraz pozostawało jej już tylko zaczekać aż Gary wyjdzie i przemknąć niezauważoną do jego gabinetu. A to było całkiem łatwe…
Powoli podniosła się z fotela, wpychając złożoną na pół kartkę do kieszeni swoich dżinsów. Miała zadanie na dzisiejszy dzień i z całą stanowczością zamierzała je wykonać.


 
Oostende, Belgia

Wszystko potoczyło się tak szybko. Kolejne mniej lub bardziej przypadkowe spotkanie. Nieco dłuższa wymiana zdań. Potem spotkania numer trzy i cztery. Z czego to ostatnie okazało się być przełomowe. I dla niej, i dla niego. Ale wszystkiemu był winien on, bo to z jego ust padła propozycja. Zbyt konkretna i zdecydowanie zbyt poważna , a mimo to z gatunku tych nie do odrzucenia. Dlatego nie przerwała mu. Pozwoliła wypowiedzieć każde z przygotowanych słów i nawet skupiła się na tym, co do niej mówił. Kiedy on zamilknął, Nadine jedynie wzruszyła ramionami. Dobrze wiedziała, że powinna się zgodzić. Jednocześnie miała świadomość, że jej zgoda zamknie drogę do pełnej wolności. Ograniczy ją na każdej płaszczyźnie, odbierze pełną swobodę… Nie mogła więc przytaknąć. Nie wtedy, gdy w jej głowie szalał huragan myśli, nie gdy nie spała od tygodnia, wciąż myśląc o tym, jaki ruch powinna teraz wykonać. Och, nie była w tamtej chwili zdolna do podejmowania jakichkolwiek poważnych decyzji, bo jej głowę zaprzątała pewna osobliwa para, a nie Gary i jego miłosne deklaracje…
Cynthia i Camille Lecroix.
 Od zawsze była pewna, że wie, co poczuje, gdy ich spotka. W końcu tak starannie pielęgnowała w sobie nienawiść do nich, tak bardzo wmawiała sobie, że oni są przyczyną wszelkiego zła… Jednak wtedy, gdy ich zobaczyła, nie ogarnęły jej nienawiść czy złość. Nie, patrząc na nich, odczuła jedynie współczucie. Chociaż wyglądali na pozornie szczęśliwych, podświadomie zdawała sobie sprawę, że tak naprawdę radość na ich twarzach była wymuszona.  Wciśnięci w te przeraźliwie drogie ciuchy, z kieliszkami okropnego szampana w dłoniach odgrywali swoje role. W rzeczywistości się nie kochali. Gardzili sobą wzajemnie. Pewnie wielokrotnie się zdradzali.
Nadine była zaskoczona. Na pewien sposób było jej ich szkoda. I chyba po raz pierwszy przez myśl przebiegło dość niecodzienne podsumowanie. Bo czy nie lepiej, że oni jej nie kochali, że ją zostawili, skazując na prawdziwą samotność, a nie taką samotność w tłumie?
Och, nie!
Powinni byli ją kochać. Zająć się nią, zaopiekować. Mimo wszystko!
Nienawidziła ich za to, że uciekli. Pozbyli się obowiązku. Najpierw dali nadzieję na to, że jest dla nich ważna, a potem bestialsko porzucili. Nienawidziła ich całym sercem, całą sobą! Każdy oddech, który przyszło jej zaczerpnąć odkąd oni odeszli, był przesiąknięty urazą. Urazą, którą Nadine chowała głęboko w swoim sercu. Urazą, której adresatami zostali Cynthia i Camille Lecroix.
Nie mogła zgodzić się na propozycję Gary’ego. Nie, gdy nadal nie zrealizowała swojej misji. Miała zemścić się na swoich podobno-rodzicach. A z balastem w postaci pierścionka zaręczynowego na palcu, mogłoby się to okazać jeszcze bardziej skomplikowanym zadaniem.
Uśmiechnęła się więc jedynie tajemniczo.
- Muszę to przemyśleć, Gary.




Czekała cierpliwie. Obserwowała, myślała, planowała. Wreszcie postanowiła zadziałać. Uznała, że najlepiej zwalczyć wroga w bezpośredniej konfrontacji. Dlatego też we wtorek, dwudziestego czwartego czerwca, wylądowała przed bramą. Olbrzymią, mosiężną i ciemną bramą, za którą ukryto królestwo państwa Lecroix. I za którą kiedyś przebywała też i Nadine, bawiąc się różnymi maskotkami.
Niepewnie wyciągnęła dłoń, by nacisnąć przycisk na domofonie.
Jeden, drugi, trzeci wdech. Jesteś Nadine, do diabła! Dasz radę!
Udało się. A przynajmniej tak jej się zdawało, gdy brama się uchyliła, ukazując długi, wysypany żwirem podjazd.
Coś jednak było nie tak. To otoczenie… to wszystko… za spokojnie.
Nadine tylko upewniła się w swoich obawach, gdy dostrzegła, że w jej stronę, wolnym krokiem, nieco kuśtykając zmierza Fred – ogrodnik.
- Czego panienka tutaj szuka?
- Ja… - Nadine zająknęła się, usilnie próbując wymyślić jakąś dobrą wymówkę – Chciałam tylko na chwilę zobaczyć się z panią Lecroix. W sprawie zaproszenia na aukcję charytatywną – Zdobyła się nawet na szeroki uśmiech. Za dobrze kłamała, za dobrze…
- Państwo wyjechali.
- Och… A kiedy wrócą?
- Może za dwa tygodnie…
Podziękowała i odwróciła się na pięcie, niemal biegiem ruszając w tę stronę, z której kilka minut wcześniej przyszła.
Czyli jej misja została odłożona w czasie. Na calutkie dwa tygodnie.



Ten dzień był złym dniem. Z gatunku tych, w których wszystko wychodzi nie tak, jakby się tego chciało, a człowiekowi ciągle towarzyszy przeświadczenie, że zaraz, już za chwilę, będzie miała miejsce jakaś wielka katastrofa.
Nadine przeczuwała całą sobą, że czeka na nią coś niedobrego. I nie potrafiła ani wyzbyć się tego dziwnego lęku, ani tym bardziej określić czego on dokładnie dotyczył.
Cała ta niepewność dość szybko zniknęła. Wystarczyło, że w drodze na Oiseus Avenue zatrzymała się na moment przy niewielkim stoisku z gazetami. Właściwie to nie tyle stanęła tam z własnej woli. Po prostu, gdy niechcący do jej uszu dotarło pewne konkretne, tak dobrze jej znane nazwisko, uznała, że musi przystanąć i zorientować się kto i dlaczego wspomniał o państwu Lecroix.
- Im się wszystkim w głowach przewraca. Zamiast siedzieć na tyłkach, to jeżdżą w jedną, w drugą. A potem dopiero się takie rzeczy dzieją. Trzeba było się nie ruszać stąd, to nie prowadzilibyśmy teraz w ogóle tej dyskusji.
Jeden z dwójki mężczyzn skupionych przy stoisku głośno zarechotał, wyraźnie rozbawiony słowami swojego kumpla. Kiedy się nieco uspokoił głośno siorbnął nosem i sam się odezwał:
- Trochę racji to ty masz, Bernie. Także nie ma co ich żałować. Banda kutafonów, jedni i drudzy. Taka sama hołota. Tylko praca się powinna liczyć, a nie układy, te głupie układy…
- A pamiętasz, jak to kiedyś było?
- No ba! Jakoś się to wszystko trzymało, a teraz aż strach spoglądać na teraźniejszość, a co dopiero myśleć o przyszłości… Aż mnie ciarki przechodzą…
Nadine odchrząknęła na tyle głośno, by zwrócić na siebie ich uwagę. Cóż… uznała, że to odpowiedni moment, by się wtrącić, bo znając takich ludzi, im bardziej zagłębią się w polityczne dysputy, tym ciężej jest potem do nich dotrzeć. Dlatego musiała odezwać się już na początku zanim oni zapamiętaliby się w swoich opiniach.
  Aż zadrżała pod wpływem niechętnych spojrzeń jakimi ją obdarzyli. Co prawda po chwili ta ich wrogość w oczach niemal zniknęła, jednak Nadine nadal czuła się dość nieswojo. Miała w końcu przed sobą dwójkę łysiejących starszawych panów wciśniętych w o rozmiar za duże spodnie i nieco wyblakłe już koszule, które z kolei niebezpiecznie opinały się na ich olbrzymich brzuchach. Na dodatek oni zdecydowanie mogliby pretendować do miana tych typowych zmęczonych życiem i nieufnych wobec świata sześćdziesięciolatków. Nie dziwiła się więc, że ani ona nie czuje się komfortowo, rozpoczynając z nimi rozmowę, ani że oni nie sprawiają wrażenia bardzo życzliwych. Taka już była kolej rzeczy, niektórych barier nie dało się pokonać ot tak.
- Przepraszam, jeśli dobrze słyszałam, któryś z panów wymienił nazwisko Lecroix…
Jeden z jegomości wzruszył obojętnie ramionami. Nadine uznała, że na żadną inną, może bardziej werbalną odpowiedź nie ma co liczyć, więc kontynuowała:
- Moja ciotka u nich kiedyś pracowała. Z tego co słyszałam, oni ostatnio gdzieś wyjechali… Jestem po prostu ciekawa czy coś się stało…
Postarała się wypowiedzieć te kilka zdań jak najbardziej niewinnym i obojętnym tonem. Najwidoczniej wyszło jej to całkiem nieźle i ta dwójka wzięła ją za zwykłą wścibską dziewczynę, bo po chwili obydwaj nachylili się w jej stronę.
- Moja stara pracuje u nich w kuchni… - zaczął jeden.
- Taaa, pracuje! – fuknął drugi, przerywając – Raczej wykonuje kawał niewolniczej pracy, tyle!
Przez chwilę obaj panowie przyglądali się sobie w milczeniu, a potem dokładnie w tym samym momencie wybuchnęli śmiechem.
- Czyli panowie coś wiedzą, tak? – Nadine nie dawała za wygraną. Była wyraźnie zaintrygowana, bo skoro jeden z tych facetów miał tak dobre źródło informacji, istniała spora szansa, że dowie się od nich czegoś ciekawego.
- Taaa… - potwierdził ten drugi, gdy w zupełności zdołał opanować wcześniejszy napad śmiechu. Po raz drugi wzruszył ramionami, znacząco zerkając na swojego kumpla – Ty gadaj, co wiesz!
- W porządku… więc to całe wielkie Państwo Lecroix wyjechało sobie niby na wakacje… Podobno gdzieś do Afryki na spływ kajakami z wodospadów czy coś… Wszystko okej… Moja stara dostała tydzień wolnego! Takiej wesołej i wypoczętej to ja dawno jej nie widziałem! Ale dzisiaj rano zadzwonił do niej telefon, pogadała chwilę, a potem cała tak się trzęsie… Pytam jej co się stało, a ona ryczeć zaczęła! Ryczy, ryczy, a przy okazji coś tam mamrocze. Koniec końców podobno zadzwonił do niej prawnik Lecroix, bo tam na tym spływie coś poszło nie tak i obydwoje, ta babka Lecroix i jej mąż na miejscu trupy. – przerwał, żeby wziąć głęboki oddech.
- Tak się kończą właśnie fanaberie bogaczy. Jakby mało im było wody tutaj u nas w porcie!
- Ale… czyli to pewne, że oni nie żyją? – Nadine musiała się upewnić.
- Pewnie, że tak. Ja nie kłamię. Zresztą dzisiaj w gazecie się nekrolog ukazał, to można sprawdzić…
Facet sięgnął po jedną z gazet leżących zaraz przy nim i podetknął pod nos Nadine odpowiednią stronę
- O, tutaj! – Wskazał palcem na sam dół kartki.
 Nadine pokiwała głową, niemal od razu odpychając od siebie gazetę. Zamrugała szybko oczami, obróciła się na pięcie i po prostu stamtąd odeszła.
To był naprawdę zły dzień. W tamtym momencie zostawała bez niczego. W końcu do tej pory wręcz żyła dzięki nadziei na odwet. Teraz nie miała już jak się zrewanżować, bo rodzice, których chciała ukarać, ją uprzedzili – odważyli się umrzeć zanim zdążyła wdrożyć w życie jakikolwiek punkt ze swojego planu.



Zgodziła się. Nie pozostawało jej już nic innego. Zostałaby zupełnie pusta i samotna, a tak przynajmniej miała Gary’ego. Przerażał ją jego pośpiech. Szybkie zaręczyny, szybki ślub, decyzja o przeprowadzce do Anglii. I o ile te dwa pierwsze kroki niespecjalnie jej się spodobały, to wizja wyjazdu z Belgii przemawiała do niej. Bardzo, bardzo. W rezultacie to Nadine poganiała Gary’ego, więc koniec końców wylądowali w Reading calutki miesiąc wcześniej niż zakładał początkowy zamysł Gary’ego.
A w Reading Nadine z powrotem stała się zupełnie anonimowa. I przez bardzo długi czas grała rolę idealnej pani Barlow. Do momentu, gdy nie pojawił się jeden element związany z przeszłością.
Potem na nowo rozpętała się wichura. Niestety, Nadine straciła pełną kontrolę, a to wróżyło olbrzymie problemy.




Reading, teraźniejszość

            Była zmęczona, ale zadowolona. Nie mogła czuć się inaczej, skoro na kartce, którą tak pilnie zapisała od góry do dołu różnymi cyferkami kilka z nich zostało podkreślonych. Szkoda tylko, że swój sukces okupiła takim stresem. Ciągle musiała pozostać czujna i nasłuchiwać czy aby nikt nie nadchodzi i nie ma zamiaru zajrzeć do gabinetu Gary’ego. Miała jednak dzisiaj okropne szczęście, bo przez calutką godzinę nikt nawet nie pojawił się na drugim piętrze olbrzymiej rezydencji. Oczywiście, nawet gdyby któryś z ochroniarzy albo sam Gary, zastał ją tutaj, nic wielkiego by się nie stało, ale zmuszona byłaby wymyślać na poczekaniu jakąś dobrą wymówkę i przy okazji nieźle się natrudzić. Zawsze lepiej było unikać takich niespodzianek.

Dlatego, gdy opadła na jeden z foteli, pragnęła krzyczeć z radości. Oto miała w swojej dłoni prawdopodobnie najważniejszy element. Coś, co pozwoli jej rozkładać karty w tej grze. Przynajmniej do pewnego momentu. Musiała jeszcze tylko sprawdzić, co dokładnie znajduje się w tym sejfie, a wtedy jej przewaga się potroi.




---------------------------------------------------------------------------


Wreszcie się udało. Kompletnie nie mam pojęcia, dlaczego tak długo mi z tym zeszło. Gdyby to jeszcze był jakiś przełomowy rozdział, ale jak widać to nic z tych rzeczy... Mogłabym się zasłaniać brakiem czasu, ale to nie do końca w porządku. Jak się chce, czas się zawsze znajdzie :) Chyba problem leży w tym, że napisałam na samym początku epilog tej historii, a generalnie koncepcję większości zdarzeń po drodze nieco pozmieniałam. I jak myślę o tym, że czeka mnie poprawka tej końcówki, to jakoś tak stwierdzam, że całość nie ma sensu, bo w końcu ta moja końcowa scena z epilogu miała byś tą moją ulubioną. Wiem, głupoty piszę, ale jakoś tak dzisiaj mam strasznie dziwny dzień, w którym nadużywam słów, emocje się we mnie piętrzą i mam okropną ochotę się uzewnętrznić ze wszystkimi swoimi bezsensownymi bolączkami. Skończy się chyba na tym, że napiszę pod tym rozdziałem jakąś długą przemowę, która w ogóle nie będzie miała sensu. Ale skoro tak ma być, to niech będzie :)
Do rzeczy!
Wiem, że krótko. To chyba jeden z najkrótszych wpisów. Nie chciałam tutaj jednak wrzucać niczego więcej. Wiem również, że niewiele się dzieje. Chyba po części o to chodziło. Chciałam doprowadzić i retrospekcje, i to, co dzieje się teraz do jakiegoś w miarę klarownego stanu. I tak, Nadine z przeszłości pozbyła się Florenta, jej rodzice zmarli, więc ona ulokowała się przy boku Gary'ego. I wybyła do Anglii, aby podbijać swym urokiem serce Ryana :D Właściwie to już koniec retrospekcji. Pojawi się może jeszcze jedna, bo strasznie kusi mnie, żeby przedstawić pierwsze spotkanie M. i Nadine w Anglii. Poza tym przydałoby się też poruszyć wątek Petry. Także chyba jeszcze jedna retrospekcja i basta.
A w teraźniejszości... Cóż, Nadine ma kod otwierający sejf, więc chwilowo rządzi. Zobaczymy, jak długo.
Co do kolejnego wpisu... Nie chcę niczego obiecywać. Ale postaram się, żeby ,,dziesiątka" pojawiła się przed czerwcem :P A tak na serio, chciałabym dodać coś za dwa, trzy tygodnie, bo później sesja, więc raczej do końca lutego będę siedzieć z nosem w książkach tudzież notatkach. Także ten... coś w styczniu pojawić się powinno. Tak zakładam...
Strasznie ostatnio korci mnie, by zająć się ,,serduszkami". Dlatego w ramach terapii postanowiłam, że wrzucę tam prolog. To powinno wystarczyć, żebym zapomniała o tej historii na jakiś czas i myślami została przy ,,Raju...". Ten prolog tam sobie tak powisi, Serduszka zacznę dopiero jak skończę Raj... Ale niech będzie, nic nie szkodzi, by ten prolog tam sobie był i dojrzewał. Także jeśli ktoś ma ochotę, zapraszam: klik

Ponieważ nie będzie już okazji... Niech Wam 2016 rok jak najbardziej sprzyja :)

Pin It Now!